• Wpisów: 13
  • Średnio co: 91 dni
  • Ostatni wpis: 3 lata temu, 22:05
  • Licznik odwiedzin: 3 737 / 1283 dni
 
charlottestories
 
Po kilku godzinach bezskutecznego siedzenia pod drzwiami z trudem podniosłam się z wychłodzonej podłogi. Zrobiłam kilka kroków i usłyszałam,że ktoś przechodzi korytarzem. Miałam nadzieję, że wejdzie tu, ale osoba tylko przeszła obok pokoju w którym przebywałam i ruszyła dalej.
Dopiero teraz zauważyłam, że zacisnęłam ręce w pięści zgniatając przy okazji materiał bluzy. Rozluźniłam uścisk i podeszłam do szafy. Otworzyłam drzwiczki. W środku znajdowało się kilka męskich koszulek,trzy pary jeansów,kilka bluz i dwie pary sportowych butów. Przejrzałam dokładnie szafę w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby ułatwić mi ucieczkę. Coś ostrego lub ciężkiego. Coś czym mogłabym narnormalniej w świecie zaatakować. Nigdy do tej pory nie mieszałam się w żadne bójki, nie lubiłam gdy pięści szły w ruch. Zmasakrowane twarze. Uszkodzenia wewnętrzne i zewnętrzne. Tak zazwyczaj kończyły się bójki moich kolegów.
Cichy trzask drzwi przestraszył mnie. Szybko odwróciłam się na pięcie, aby zobaczyć, kto wszedł do pokoju pod moją nieuwagę.
Oczami odszukałam oczy nieoczekiwanego gościa.
Niebieskie oczy z szarymi obwódkami.
-Chodź. Idziemy na spacer.
-Nigdzie nie idę.- obrzucił mnie pretensjonalnym wzrokiem i w końcu przewrócił oczyma. Chyba denerwowało go to,że sprawiałam problemy. Zbliżył się do mnie w mgnieniu oka i w podobnym tempie znalazłam się na jego ramieniu. Z głową przy jego pośladkach. Szarpnęłam się kilka razy, ale gdy okazało się, że prawie upadłam przez moje wiercienie zaprzestałam tej czynności. Moje widoki uniemożliwiły mi rozejrzenie się po wnętrzach.
Bałam się, że ten mężczyzna zaniesie mnie do jakiejś piwnicy. Tam zabije. I wywiezie martwą do lasu, gdzie razem ze swoim kolegą zakopią mnie kilka metrów pod ziemią. Mimo, wielu prób samobójczych -nieudanych prób samobójczych- wiedziałam, że nie chcę umierać w wieku dwudziestu dwóch lat skrzywdzona przez nieznanego mi mężczyznę.. Nawet nie skończyłam studiów. Wzięłam rok wolnego, bo musiałam odbudować się psychicznie. A teraz miałam umrzeć. Gdzie tu logika? Ja w tej sytuacji nie widzę nic logicznego. Jedynym pozytywem, może być to, że przed śmiercią zapewniono mi ciekawe widoki.
Po kilku minutach niebieskooki postawił mnie na betonowej podłodze. Szybko zamknęłam oczy i policzyłam do dziesięciu, a moje ręce zostały po raz kolejny skute. Tym razem były to kajdanki . Wiem o tym, bo mój ojciec pracuje w policji, a matka jako sędzia i niejednokrotnie miałam styczność z elementami umundurowania policjanta. Otworzyłam oczy i spojrzałam w jego tęczówki. Iskierka tańcząca na jego niebieskiej tęczówce pozwoliła mi uświadomić sobie, że tego faceta kręciło to, że właśnie mnie krępował. Odwróciłam wzrok dokładnie wtedy, gdy on skończył związywać moje nogi sznurem. Przysunął mi krzesło.
-Siadaj. Chyba, że chcesz, żebym po raz kolejny się zdenerwował.
Usiadłam. Byłam ciekawa, co teraz się stanie. Czy zabije mnie powoli, czy raczej szybko?
Brunet stanął naprzeciwko mnie. W delikatnym rozkroku z rękoma z tyłu.
-A teraz powiedz mi...kiedy twoi rodzice przyjeżdżają do ciebie.
-Nie wiem.
Solidny cios w policzek zaskoczył mnie. Nie spodziewałam się,że zostanę uderzona. Poczułam w środku metaliczny posmak i od razu wiedziałam, że mam z rany, którą mi zafundował sączy się krew.
-Kłamiesz.-złapał mój podbródek w żelazny uścisk i spojrzał hardo w moje oczy. Czułam jakby przewiercał moją dusze wzrokiem nie oczekującym niczego innego prócz prawdy.-Nie chcę obić twojej pięknej twarzy. Nie będziesz wyglądała korzystnie z bliznami i sińcami. Chcę usłyszeć od ciebie prawdę. Nic więcej. Powiedz mi, to co tak naprawdę chcę od ciebie usłyszeć.
-Ja nie wiem, kiedy oni mają przyjechać.- jego ręka puściła moją szczękę i zaciśnięta w pięść za cel obrała sobie mój brzuch. Upadłam na zimną betonową podłogę razem z krzesłem. Krztusiłam się. Nie potrafiłam złapać powietrza, aby dostarczyć je do płuc. Uspokajałam się, gdy on ukucnął przy mnie.
-A teraz wiesz?
-Planowali przyjechać...dziś, a jeśli nie dziś to w najbliższym tygodniu.
-Dobrze mówisz. Widzę, że wróciła ci pamięć. A teraz powiedz mi czy oni wożą ze sobą broń?
-Raczej nie....-wydyszałam, a na jego twarzy wymalował się uśmiech.
-No dobrze. Masz dostęp do akt spraw swojej matki?
-Nie.
-A możesz jakoś się dostać do miesca którym się znajdują?- zapytał i wstał. Przeszedł kilka razy w tą i spowrotem. Od jego ciała biła frustracja. Widać było na pierwszy rzut oka, że zależy mu na tym aby mogła dostać się do archiwum.
-Nie. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Nie miałam możliwości, które pozwoliłyby mi na wzgląd w akta spraw mojej matki.Wszystkie ważne dokumenty przechowywała albo w domu, w sejfie, w Brighton, albo w swojej kancelarii. Mama mimo, że była sędzią prowadziła swoją własną kancelarię prawną. Jednak ta odpowiedź nie usatysfakcjonowała mojego oprawcy, a mój brzuch otrzymał solidnego kopa. Krzyknęłam.Na chwilę straciłam oddech i mocniej zwinęłam się z bólu.
-Zapytam po raz ostatni. Czy dostaniesz się do akt spraw?
-Spróbuję.
-Grzeczna dziewczynka.
-Ale musisz mnie wypuścić w takim razie.
- Zastanowię się nad tym. -powiedział i zmierzył ku drzwiom.
-Gdzie idziesz? Co ze mną?!-krzyknęłam zdesperowana.
-Zostajesz tutaj.
-Chyba raczej nie.
-Owszem. Zostajesz. A teraz wybacz, ale muszę załatwić kilka spraw.
-To powiedz chociaż jak się nazywasz.
- Daniell. Daniell Murray.
Przymknęłam powieki.
"Tylko nie on" -szepnęłam cicho, wiedząc już, że Daniell opuścił to pomieszczenie. Wiedziałam kim w przeszłości był mój prześladowca i co zrobił. Dwa lata temu rodzice byli wmieszani w tą sprawę.
Teraz to ja siedzę zakopana w to po uszy. Muszę jak najszybciej stąd zniknąć lub skontaktować się z władzami.

I jak?
Dziękuję za tyle komentarzy! To tak wiele dla mnie znaczy ♥
large.jpg

Nie możesz dodać komentarza.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego